wtorek, 8 kwietnia 2014

Antyamerykańska choroba

Audycja z dn. 22 lipca 2011 roku.
Na zabawnym lewicowym portalu nacjonalista.pl pojawił się jakiś czas temu artykuł niejakiego Bogdana Kozieła pt "Powrót Umarłych". Polecam zapoznać się z tym przydługim stekiem płaczliwych bredni, gdyż doskonale obrazuje on umysł osobnika oszalałego z nienawiści do siebie samego. Mamy tu do czynienia z pełną mistycyzmu i irracjonalnego zacietrzewienia tyradą przeciwko, właściwie nie wiadomo czemu. Antyamerykanizm z perspektywy zatroskanego o Europę arystokraty? Bynajmniej. Jako amerykańskie, atakowane jest tutaj wszystko, co ludzkie - a więc przedsiębiorczość, dążenie do zmiany swego położenia, sprzeciw wobec ucisku kastowego, racjonalność ekonomiczna i tak pogardzana przez lewicę wolność. Amerykańscy pionierzy nazywani są przez autora złodziejami i mordercami, widocznie zapomina on o całej zgrai europejskich książąt, baronów, hrabiów, biskupów i monarchów, którzy nikim więcej niż zwykłymi rzezimieszkami nie byli. Europa, dusząc się pod butem merkantylistycznej tyranii, była kloaką świata, którą co odważniejsi i mający najmniej do stracenia śmiałkowie opuszczali, by szukać nowego lepszego życia za oceanem. W Europie pozostała właśnie ta gorsza część - niewolnicy i ich oprawcy. I to tak bulwersuje Bogdana Kozieła, ponieważ sam podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że jest potomkiem pańszczyźnianego chłopa, którego życiową rolą jest przyjmować na swe plecy sążne ciosy batoga. Stąd nienawiść do kraju wolnych i dzielnych, do Stanów Zjednoczonych.
Te "profańskie", "masońskie" ideały, na których rzekomo 'złodzieje i mordercy' zbudowali Amerykę, to właśnie ideały kromianiońskich pionierów, którzy 30 000 lat temu zasiedlali Europę - samowystarczalność, odpowiedzialność, ciężka praca i heroiczne napięcie woli mocy, nieugiętej pod naporem przeciwności. Te same cechy przejawiał amerykański osadnik, amerykański rzemieślnik, wyzwolony z feudalno-cechowego systemu krępującego przedsiębiorczość w Europie, amerykański handlarz, który nie musiał opłacać ceł na każdej rogatce, amerykański biznesmen, któremu nikt nie przeszkadzał zaspokajać najpilniejszych potrzeb konsumentów. Człowiek mógł wreszcie realizować swoje faktyczne dziejowe posłannictwo - budować cywilizację wolnych ludzi. Bez kasty pasożytów, spijających życiową esencję, jak w Europie i reszcie pogrążonego w mroku niebytu świata.
Żadnego bełkotu o sakralnej geografii, powinnościach wobec Boga i Cesarza, przywilejach kastowych, namaszczonej pozycji króla, dziesięcinie, legitymizmie i całej reszcie spuścizny troglodyckich jaskiniowców, których wolni kromaniończycy do końca nie wytępili w paleolicie. Wolność, własność i prawo dążenia do szczęścia - tyle i tylko tyle potrzeba, by korona stworzenia - człowiek - mogła rozwinąć swój potencjał na Ziemi. Oczywiście Bogdan Kozieł, duchowy niewolnik Talmudu, określi to mianem satanizmu czy innej degeneracji, mimo iż taka postawa jest w pełni zgodna z prawdziwą nauką Kościoła Katolickiego - no, ale jak mówiłem, resentyment tego typu ma charakter lewicowo-talmudyczny, a nie wolnościowo-ludzki.
Faktem jest, że dzisiejsze USA nie mają nic wspólnego z wolnościową wizją Ojców Założycieli, właśnie dlatego, że zostały zainfekowane talmudyczno-lewicowym wirusem prosto z Europy, za sprawą czysto heglowskiego ukąszenia. Prusycyzacja elit amerykańskich, trwająca od połowy XIX w., najpierw zaowocowała amerykańskim imperializmem, kompletnie sprzecznym z doktryną Monroe'a i ideami pokojowego wolnego handlu z całym światem; potem, co opisuje Gabriel Kolko w "The Triumph of Conservatism", sojuszem Wielkiego Rządu z Wielkim Biznesem, a więc stworzeniem państwa korporacyjnego - faszystowskiego, i miało to miejsce zaraz przed wybuchem I WŚ. Potem już poszło z górki. Wtedy dopiero pojawił się amerykański tylko z nazwy, mesjanizm - czyli szerzenie demokracji za pomocą oręża. Demokracji, której w Ameryce miało nigdy nie być wg założeń Ojców Założycieli, gdyż widzieli we władzy ludu równie wielkie zagrożenie dla wolności, jak we władzy tyrana. Demokracja w Ameryce, to skutek europeizacji-prusycyzacji elit amerykańskich, przymusowej państwowej edukacji, która wychowała pokolenia uległych, wzorowych obywateli, już zindoktrynowanych na postrzeganie Ameryki nie jako kraju wolnych i dzielnych, lecz rodzinnego domu troskliwego wuja Sama, który wymaga lojalności, posłuszeństwa i poświęcenia, a w nagrodę nakarmi, pogłaszcze po główce i wręczy medal za szerzenie demokracji.
To przywleczony z Europy etatyzm, kult państwa, zniszczył amerykańską wolność i filozofię amerykańskiego modelu ograniczonego rządu - a nie 'masońskie' ideały Ojców Założycieli, o których późniejsze pokolenia zupełnie zapomniały.
Lewicowo-rewolucyjny portal nacjonalista.pl, przeżarty myślą talmudyczną i chronicznym odwróceniem wszelkich pojęć zrozumiałych dla człowieka Zachodu, tylko wpisuje się w ten trend niszczenia idei wolności człowieka i propagowania jedynej słusznej wizji niewolnika na kolanach przed ołtarzem Molocha - państwa.

SilverToBlade: nazista czy narodowy-bolszewik?

Audycja z dn. 10 lipca 2011 roku.
Pojawił się niedawno filmik mający rzekomo refutować "kłamstwa" jakie rzekomo "rozsiewam" nt. szkoły austriackiej w ekonomii i wyjaśniający niby dlaczego państwowy interwencjonizm jest lepszy niż wolny rynek. Autorem jest, jak łatwo się domyślić, SilverToBlade. Jego zarzuty to kompletny kretynizm, co za chwilę pokażę.
Zarzuca Szkole Austriackiej, że jest przestarzała, bo pojawiła się przed 'rewolucją przemysłową', i w tym filmiku precyzuje, że chodzi mu o III rewolucję przemysłową, czyli po drugiej wojnie światowej. Ale przypomnę ci więc, knypie, że najważniejsze dzieła szkoły austriackiej powstały po II WŚ, a mianowicie "Ludzkie działanie: traktat o ekonomii" Misesa, wydane w 1949 r., oraz "Man, Economy and State" Rothbarda (u nas jako "Ekonomia wolnego rynku"), wydane w 1962 r. Ten twój naciągany argument został więc obalony w moment, a zupełna niekompetencja i nieznajomość tematu maluje cię jako niedouczonego knypa. A w Radiu Żelaza niedouczone knypy są wyjątkowo nielubiane. Właściwie, jako że przyłapałem cię na samym początku na kłamstwie i niekompetencji, powinienem przerwać dyskusję, bo niedouczone smarki powinny poznać temat dogłębnie, zanim zaczną szaleć. Ale lecimy dalej, bo może się czegoś nauczysz z tej okazji.
Poza tym, szkoła austriacka, to metodologia, a metodologia, jeśli jest logicznie spójna, nie może być "przestarzała" w wyniku zmieniających się warunków gospodarowania, ponieważ logika nie staje się nagle przestarzała, bo ludzie zaczęli używać komputerów. Metodologia szkoły austriackiej opiera się na aksjomacie działania, ponieważ człowiek działa zawsze i wszędzie, wynika to z jego natury, i próba zaprzeczenia aksjomatowi działania, też będąca działaniem, wywołuje samozaprzeczenie. A ty mi wyskakujesz z jakimiś nie mającymi związku z tematem bzdurami, że "tradycyjny aksjomat działania jest nieprawdziwy" - on jest prawdziwy zawsze i wszędzie, wynika z natury ludzkiej. Potem piszesz "a raczej tyle nieprawdziwy co nieprawdziwe jest to, że daje optymalne efekty". Że niby "rosnąca kompleksowość rynków" i powstanie asymetrii informacji uniemożliwia dokonania subiektywnie najlepszego wyboru? Ty w ogóle rozumiesz znaczenie słowa "subiektywny" i "optymalny"? Wybór podjęty przez działającą osobę jest zawsze w danym momencie dla niej subiektywnie optymalny - inaczej by go nie podjęła! Tylko faszysta, a więc osoba cierpiąca na manię planizmu, chcąca zmuszać innych do bardziej "optymalnego" jej zdaniem zachowania, może twierdzić, że konsument cierpi, dokonując samodzielnych, subiektywnych wyborów.
Jako kompletny ekonomiczny dyletant, nie znasz podstawowej literatury z zakresu ekonomii informacji, gdzie właśnie prym wiedzie od początku Szkoła Austriacka, dla ciebie przestarzała, dla poważnych ekonomistów najbardziej na czasie. A mianowicie taka pozycja jak "The Use of Knowledge in Society" Hayeka wyjaśnia, jak ważny i nieodzowny jest rynek w procesie pozyskiwania, koordynacji i przekazywania informacji uczestnikom rynku. Oznacza to, że im bardziej zaawansowana gospodarka - tym rynek musi być tym bardziej wolny od interwencji siłowej, którą zalecasz, po to by efektywniej zarządzać informacją, zwłaszcza wiedzą rozproszoną, znaną tylko pojedynczym podmiotom i niemożliwą do wyartykułowania poza działaniem rynkowym. Dla pojedynczego konsumenta oznacza to tylko tyle, że jeśli chce, subiektywnie, dokonać bardziej dla siebie optymalnego wyboru, to rynek mu potrzebnej informacji dostarczy. Stąd powstawanie takich instytucji, jak prasa fachowa, branżowa, poradniki konsumenta, rankingi, recenzje - które dostarczają konsumentowi większej wiedzy o interesującej go części rynku, by asymetria informacji nie powodowała u niego utraty użyteczności ex post. Ex ante zawsze wybiera najbardziej optymalną dla siebie opcję, ale, jak w każdym działaniu przedsiębiorczym, ex post może ponieść stratę - czyli osiągnięty efekt będzie odbiegał pod kątem subiektywnej wartości od tego, czego się działająca osoba spodziewała. I jak każdy przedsiębiorczy podmiot, taka osoba uczy się, zdaje sobie sprawę z braku konkretnych informacji, i następnym razem po nie sięga, by osiągnąć zamierzony w działaniu efekt - osiągnąć zysk.
To jest podstawa gospodarki rynkowej, i żadna państwowa interwencja tego nie ulepszy, ponieważ państwo cierpi na gigantyczną asymetrię informacji, w końcu działa poza rynkiem, poza systemem cen, i obraca cudzymi pieniędzmi, więc urzędnik nie traci użyteczności, nie ponosi straty na rynku, więc wszelkie informacje zwrotne, jakich używa przedsiębiorca czy podmiot rynkowy - dla urzędnika są niedostępne. Z tego też powodu każda interwencja siłowa państwa jest szkodliwa, zakłóca proces rynkowy, tłumi obieg informacji wiedzy rozproszonej, i nakłada gigantyczne koszty społeczne na konsumentów.
Więcej o tym w doskonałym traktacie najznamienitszego ekonomisty europejskiego ostatnich dwóch dekad, Jesusa Huerty de Soto "Socjalizm, rachunek ekonomiczny i funkcja przedsiębiorcza". Przestarzałe, co?
Cóż knyp jeszcze napisał? Że podatki są potrzebne, bo zmniejszają masę pieniądza w obiegu? Matko. Przecież to państwo odpowiada za masę pieniądza w obiegu, inicjując akcję kredytową przez obniżanie stóp procentowych, jak i emisję obligacji skarbowych na pokrycie swoich astronomicznych wydatków, więc jeśli zaprzestanie tych działań - to masy pieniądza w obiegu nie trzeba będzie zmniejszać. A banki nie udzielają kredytów o dużej stopie ryzyka masowo, i dlatego, że chcą - tylko dlatego, że państwo je do tego zmusza - jak w USA przez administracyjny nakaz udzielania kredytów mieszkaniowych bezrobotnym, oraz przez ciągłe obniżanie stopy procentowej przez bank centralny poniżej poziomu rynkowego, co powoduje boom inwestycyjny niemożliwy do utrzymania z braku wystarczających oszczędności. Znowu kłania się abecadło ekonomii i szkoła austriacka, która przewidziała i wyjaśniła wszystkie kryzysy ostatnich 100 lat - no ale wszak jest przestarzała, czyż nie?
Potem SilverToBlade próbuje krytykować pieniądz oparty na złocie, że niby mechanizm kreacji pieniądza bezgotówkowego (poważna skaza całkowitej liberalizacji, wyobraźcie sobie!) sprawia, że jest be. Przypomnę ci więc, knypie, że mechanizm kreacji pieniądza bezgotówkowego w reżymie waluty papierowej jest nieskończenie poważniejszy i szkodliwszy, co widać gołym okiem, choćby na utratę przez dolara 95% siły nabywczej z początku XX w. Jest to wina nie rzekomej "całkowitej liberalizacji", tylko braku wolności w produkcji pieniądza, nadanie papierowej walucie statusu legal tender, i monopolizacji jego emisji przez państwo i jego kartel banków, z bankiem centralnym na szczycie tej piramidy. Pieniądz, który jest dobrem jak każde inne, winien być produkowany przez rynek, prywatnych przedsiębiorców, którzy oparliby go na kruszcach, a pieniądz kredytowy w takich warunkach nie byłby problemem, ponieważ, o ile chronione byłoby prawo własności deponentów (audycja nr 28), banki emitujące więcej kredytu, niż posiadające rezerw, upadałyby. I tyle. Rynek doskonale sobie poradzi bez żadnej kontroli niekompetentnych urzędników. Więcej o tym znowuż u Huerty de Soto "Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne".
Potem mamy już kompletną żenadę - niezrozumienie natury ubezpieczeń sprawia, że ten dyletant na serio pisze, iż pieniądze zdzierane z ludzi na państwową służbę zdrowia są "ubezpieczeniem" przed chorobami wrodzonymi i nowotworami. Otóż nie są żadnym ubezpieczeniem, tylko przymusową redystrybucją od osób zdrowych do osób chorych, i żaden prywatny zakład oczywiście w ten sposób nie może funkcjonować, bo nie ma prawnego przywileju rabowania ludzi z bronią na ulicach, jak państwo. Gdyby faktycznie istniał wolny rynek ubezpieczeń medycznych, a nie istnieje ani w Polsce, ani w USA, gdzie regulacje państwowe są bardzo silne i astronomicznie zwiększają koszty - to firmy ubezpieczeniowe solidnie przebadałyby historię zdrowia ubezpieczonego i wyliczyły taką stawkę, by ani ubezpieczony ani one nie były stratne. Obecnie tego nie mogą zrobić. Stąd wysokie składki, które zawierają premię za ryzyko, które ponosi ubezpieczyciel, gdyby przyszło mu płacić za wrodzone czy wcześniej posiadane schorzenie. itd. itp. Tylko uwolnienie rynku, otwarcie go na realną konkurencję, a więc powstanie również rynku informacji o ubezpieczycielach, polepszyłoby sytuację konsumentów.
Póki istnieje niekonkurencyjna państwowa służba zdrowia, w ogóle nie można mówić o prywatnej medycynie w takich warunkach. Tak więc kolejny dowód na dyletanctwo knypa.
To, co pisze dalej, to są już kompletnie kosmiczne bzdury, np. że innowacje powodują zwiększenie kosztów medycyny. Istnieje różnica między jednym koszykiem usług, a drugim, poszerzonym o nowe usługi, powstałe w wyniku innowacji. Oczywiście ten drugi koszyk będzie droższy niż pierwszy, ale nie z powodu innowacji per se, tylko z powodu poszerzenia pakietu usług w nim dostępnych! Konsument sobie dobiera (a raczej dobierałby na wolnym rynku) taki koszyk, jaki mu bardziej pasuje, porównując dostępne usługi i ich koszt dla siebie. Pierwszy koszyk, w wyniku innowacji, byłby tańszy już z samej przyczyny istnienia poszerzonego drugiego koszyka - tak, jak ma to miejsce na rynku elektroniki, gdzie w wyniku innowacji powstaje np. lepiej wyposażony laptop, to cena starszego, mniej wyposażonego, natychmiast spada. Jest to jasne jak słońce, tylko póki istnieje państwowa służba zdrowia i sektor medyczny jest pozbawiony rynkowej konkurencji, to ten proces nie może zadziałać. Konsument jest pozbawiany możliwości wyboru przez siłowy przymus państwa.
Knyp znowu coś pisze o asymetrii informacji, bo lekarze wiedzą więcej niż pacjent. To chyba oczywiste, po to się korzysta z usług specjalisty, bo wie więcej. Fryzjer, szewc i prostytutka też wiedzą więcej, niż konsument, dlatego wybiera on ich usługi, a nie amatorów. Potem knyp płacze, że w wyniku innowacji pacjent jest bombardowany nowymi usługami, za które musi płacić więcej, niż np. 100 lat temu. Otóż nie musi - jego pieniądze, jego wybór. Tylko, że w przypadku państwowej służby zdrowia jest zmuszany do płacenia za to w składce zdrowotnej, a w przypadku quasi-prywatnych ubezpieczeń ubezpieczyciel jest zmuszany do płacenia za te zabiegi. Nie istnieje więc żaden rynkowy mechanizm ograniczający koszty, bo płatnikiem bezpośrednim nie jest konsument. Gdyby to on faktycznie musiał ponieść koszty zwiększonej ilości badań, to by machnął ręką i poszedł do domu, a nie robił sobie tomografii mózgu z powodu bólu głowy.
I to jest główny powód, dla którego należy zlikwidować państwową służbę zdrowia, i całkowicie urynkowić prywatną. Inaczej koszty będą nadal astronomicznie rosnąć, a jakość medycyny spadać.
Pod to podpiąć też należy rzekomą praktykę utrzymywania pacjenta w chorobie, po to by płacił. Otóż jeśli płaci z własnej kieszeni, to wymaga, by być wyleczonym jak najszybciej - i lekarzowi na tym zależy. Jeśli płaci kto inny - to ani pacjent, ani lekarz nie mają ku temu motywacji. Proste.
Kolejne kłamstwo, i zupełne niezrozumienie natury innowacji jak i ekonomii. Czyli kwestia mitycznych państwowych wynalazków, powstałych w trakcie II WŚ i wyścigu zbrojeń. Przypomnę więc może, że państwo nie ma własnych pieniędzy i środków, lecz tylko te, które zrabuje sektorowi prywatnemu. Więc gdyby nie zrabowało tych pieniędzy i środków na badania, to miałby je sektor prywatny - w tym zasoby ludzkie, czyli genialne umysły naukowców - i wszelkie odkrycia powstałyby szybciej i taniej w sektorze prywatnym, co więcej - byłyby to od razu wynalazki konsumenckie, gotowe do wdrożenia do masowej produkcji na rynek konsumencki, nie wymagające adaptacji, jak to miało miejsce z technologiami wojskowymi. I tyle w temacie, użytkownik SilverToBlade nie rozumie pojęcia opportunity cost, pewnie Bastiata "Co widać a czego nie widać" też nie czytał - więc niech wybywa na pole.

Tyle na razie starczy. Ogólnie poziom nauczania ekonomii w polskich uczelniach nadal jest praktycznie zerowy, czego jawnym dowodem jest płaczliwy faszysta, SilverToBlade, dla którego subiektywne wybory konsumentów są złe, bo ON WIE LEPIEJ. Mentalność planisty, kompletna nieznajomość funkcjonowania rynku i jego roli w koordynacji wiedzy rozproszonej, czy wreszcie brak oczytania w najważniejszych pozycjach światowej literatury ekonomicznej sprawia, że na zawsze już pozostaniesz dla mnie knypem, którego należy regularnie trzaskać penisem po buzi, bo do poważnej polemiki się zwyczajnie nie nadajesz!




Rozum kontra zabobon, czyli rodzimowiercy cz. II

Audycja z dn. 7 lipca 2011 roku.
Rodzimowierców słowiańskich strasznie poruszyła moja audycja, traktująca o neopogaństwie i jego filozoficznej daremności. Otóż tak się coponiektórzy z nich zapieklili, iż padały nawet stwierdzenia, jakobym "obrażał całe rodziny", jakobym był największym w kraju wrogiem neopogan, typowym dzikim wolnorynkowcem wolącym podeptać jakiekolwiek wartości dla idei zysku za wszelką cenę, no i oczywiście jakoby moje argumenty były pozbawione merytoryki.
Ten ostatni zarzut, to oczywiście wyraz totalnej słabości intelektualnej tego środowiska, ponieważ to, co ja przedstawiłem, to po prostu stanowisko naukowców, natomiast rodzimowiercy poczuli się urażeni, gdyż podświadomie wiedzą, iż poza ślepą wiarą w mity i dogmaty nie mają praktycznie nic, jeśli chodzi o jakąkolwiek racjonalną teologię rodzimowierczą, więc jak jeden mąż histerycznie atakują tego, kto im to wypomniał - jak zwykli katole ze wsi, których mentalność niestety to środowisko przejawia. Zresztą faktyczna teoria na ten temat jest taka, iż chrzest Polski w mentalności ludu wiejskiego nie zmienił za wiele - nadal zabobon goni zabobon, zmieniło się tylko imię boginii wegetacji z Mokoszy czy Dziewanny na Maryję Matkę Boską Zielną, a reszta pozostała taka sama. Jako, że współczesne rodzimowierstwo nie dostrzega ewidentnego błędu, którym jest rekonstruowanie tejże religii na gruncie religijności ludowej, wiejskiej - a więc zupełnie nie przystającej do realiów życia w XXI-wiecznym mieście, i nie mającej również za wiele wspólnego z faktyczną rodzimą wiarą klasy rządzącej tymi ziemiami przed 1000 lat - mamy do czynienia z wyjątkowym teatrem absurdu i groteski, czyli rzeczonym składaniem chleba w lesie przez mieszczuchów odzianych w worki po ziemniakach, i wyobrażających sobie, że są prawdziwymi spadkobiercami słowiańskiej religii. No groteska.
I oni się o to obrażają, jak płaczliwe panienki, zamiast spojrzeć na siebie z większym dystansem. Sam lubię czasem pobiegać odziany w powietrze i wytarzać się porządnie w ściółce, śpiewając Pieśń Żerców, ale nie obrażam się, gdy ktoś powie mi, że jestem popierdolony.
A przecież w mej rzeczowej krytyce rodzimowierstwa nie użyłem nawet tak mocnych słów. O co więc raban?
Wszystko tkwi w psychologii, a raczej psychozie zbiorowego opętania przez dogmat - co jest typowe dla sekt. Wyłącza to rozum, a więc aktywność płatów czołowych, a zaczyna wariować ciało migdałowate, ośrodek 'myślenia magicznego' i agresji. Kelthuz jest zły i jest wrogiem, i nie wolno mu nas krytykować, bo nas to obraża. Ostatni raz to słyszałem od bandy katoli, które wpadły w histerię, gdy przekazałem im fakt, że Jezus nigdy nie istniał. A, co ciekawe, co bardziej oderwani od rzeczywistości sekciarze, pardon, rodzimowiercy, zarzucają mnie ślepy fanatyzm. Zastanawiam się, co mają na myśli. Jeśli dążenie do prawdy bez względu na emocje i ilość obrażonych przez fakty ludzi jest właśnie tym fanatyzmem - to tak, jestem kurewskim fanatykiem prawdy, żelaznej logiki, faktów, dowodów empirycznych, i poprawnego wnioskowania z nich. Do tego bezwzględnym wrogiem zabobonów, dogmatów i bezrozumnego bełkotu, który troglodyci intelektualni przemycają pod nazwą "wiary".
Ten swoisty "zakaz" krytykowania ich, bo niby to ich "obraża", to przecież częsta śpiewka w tym postmodernistycznym świecie przymusowego egalitaryzmu, który pragnie ocenzurować każdą krytyczną opinię, opartą na logicznych argumentach, ponieważ wg postmodernistycznych egalitarystów, ergo lewaków intelektu, każda opinia jest równej innej, jako iż prawdy nie ma. Na szczęście ludzie rozumni nie wierzą ani w równość ludzi, ani w równość poglądów, ani tym bardziej opinii - ponieważ prawda istnieje, a kłamstwo nią nie jest. Lewactwo tego nie może zaakceptować, więc reaguje zawsze histerycznie i agresywnie, gdy dogmat równości jest podważany. I to ma miejsce również w tym przypadku.
Coś jeszcze?
Niektórzy nieco skąpiej obdarzeni przez naturę inteligencją często pytają, dlaczego w mojej muzyce poruszam tematykę słowiańską, rodzimowierczą również, a potem "wygaduję takie złe rzeczy". Aj waj, gewalt! Tematyka rodzima, wyposażona w epicką formę i rozmach, dostarcza wrażeń estetycznych i, można tak to ująć, duchowych - ponieważ jest pełna siły, mocy, autentycznego przesłania bohaterskiego i surowej, nieskalanej miałkością, postawy człowieka wobec świata. I to jest właśnie neopogaństwo w sztuce, to, o czym pisali Stachniuk, Wacyk, Rand, i co wykonywał Szukalski. CZYNEM SIĘ ZNACZY DŁOŃ MĘŻA!

Składanie chleba w lesie i płaczliwa lewacka walka o prawa pogan, to przecież wspakultura i żenada po całości!

Zaorany Grzegorz Kołodko

Audycja z dn. 2 lipca 2011 roku.
Dziś zajmiemy się postacią profsora Grzegorza Kołodki, i tym, co ostatnio napisał i zatytułował "Nowym planem gospodarczym dla Polski".
Przede wszystkim zacznijmy od właściwej introdukcji. Grzesiek, jesteś tępym keynesistowskim ćwokiem, a to, co piszesz, dyskwalifikuje cię zupełnie w oczach poważnego ekonomisty.
Po tym wprowadzeniu możemy przejść do treści artykułu tego zasrańca.

"Czas biegnie. Paradoksalne dla jednych jest to, że znowu nastał okres, kiedy piętrzą się nierozwiązane problemy, gdyż więcej ich przybywa, niż ubywa. Paradoksalne dla innych jest to, że teraz sami muszą przyznać, że mechanizmy rynkowe nie są w stanie ich rozwiązać.

Potrzebna jest dobrze skoordynowana ingerencja państwa. W obecnej sytuacji jej konwencjonalna forma jest już niewystarczająca. Potrzebne są specjalne działania wykraczające poza tradycyjne ramy, zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne."

Grzesiek, ćwoku, powiedz mi, proszę, jakie to mechanizmy rynkowe nie są w stanie rozwiązać nierozwiązanych problemów? Kiedy to ostatni raz w ogóle władze pozwoliły mechanizmom rynkowym działać? 100 lat temu? Z roku na roku przybywa przepisów i prerogatyw państwa, ingerującego w gospodarkę całkowicie dowolnie i arbitralnie z pomocą swej armii biurokratów. Które to mechanizmy rynkowe miałyby w ogóle działać, by rozwiązać te 'nierozwiązane problemy'? Wiesz w ogóle o czym ty mówisz, keynesistowska spierdolino? Wiesz, czym się charakteryzuje rynek - nie żaden mechanizm, tylko proces, bo działanie rynku - to działanie ludzi, a nie martwej materii. Tylko, by ludzie działali, to trzeba im pozwolić, a nie pod przymusem siły zakłócać proces rynkowy.
Co ty tam jeszcze postulujesz? Dobrze skoordynowaną ingerencję państwa? To znaczy przyznajesz, że dotychczasowa, przesadna ingerencja państwa była źle skoordynowana? Chociaż tyle. Niestety, jako ekonomiczny dyletant, nie znasz najważniejszych pozycji z zakresu ekonomiki interwencjonizmu, a mianowicie książek "Interwencjonizm", "Biurokracja" oraz "Planowany chaos" Ludwiga von Misesa, największego ekonomisty XX w. Jak wiadomo, nie można nazywać się poważnym ekonomistą bez znajomości tych pozycji, więc dyplom komunistycznej uczelni, który posiadasz, kwalifikuje cię jedynie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich w prywatnej firmie.
Wracając do twojej wesołej twórczości, przypomnę ci więc, melepeto, że państwo - tak samo jak rynek - to nie jakiś mechanizm, tylko ludzie. Różnica między działaniem państwa, a rynku jest taka, że relacje na rynku są dobrowolne - a państwo stosuje przymus. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną strukturą bodźców oddziałujących na członków aparatu państwa, jak i na ofiary państwowej przemocy, eufemistycznie zwanej ingerencją. Członek aparatu państwa, w odróżnieniu od uczestnika rynku posługującego się systemem cen, jest w stanie kompletnej niewiedzy na temat potencjalnych jak i faktycznych skutków i następstw swoich działań - nie potrzebuje jej, gdyż sukces bądź porażka jego działań tak naprawdę go nie obchodzi. Finansuje swoją działalność pod przymusem zdzierając podatki z sektora prywatnego, a nie zaspokajając żądania konsumentów - więc to, co się stanie po danej ingerencji, mało go obchodzi. Ważne jest dla niego tylko to, że jego bezpośredni przełożony z klucza politycznego jest zadowolony, a strumień zrabowanych obywatelom przychodów pozostaje niezakłócony.
W związku z tym jakakolwiek mowa o "dobrze skoordynowanej ingerencji państwa" to pobożne życzenia intelektualnego onanisty, ale nie poważne stanowisko naukowe. Kołodko o tym nie wie, ponieważ nie rozumie elementarza ekonomii. Istnienie sprzężenia zwrotnego między celem działania a działającym jest czymś oczywistym na rynku, dostarcza działającemu natychmiastowej bądź oczekiwanej w przyszłości odpowiedzi na skuteczność danego działania - czyli np. przedsiębiorca odnotowuje zyski lub straty i w oparciu o nie, czyli o kalkulację ekonomiczną, dopasowuje przyszłe działania do tych informacji otrzymanych z rynku, by rezultaty kolejnych działań bardziej go zadowalały. Urzędnik państwowy nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie istnieje żaden mechanizm, ani proces koordynacji działań opartych na przymusie i przymusowym ich finansowaniu - poza jeszcze większym przymusem, przychodzącym z góry, od herszta, i od herszta wszystkich hersztów w danym politycznym układzie, dysponującego największą siłą przymusu.
Ale wystarczy popatrzeć, co Kołodko pisze dalej - "zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.". Bingo, w rzeczy samej, skurwysynu. Doskonale widzisz, że w demokracji ten instytucjonalny przymus, jako jedyny czynnik koordynujący działanie hordy biurokratycznej, jest za słaby i nie pozwala na takie naginanie rzeczywistości ekonomicznej, o jakiej sobie zamarzyłeś, faszystowski frustracie. Więc nawołujesz już całkiem świadomie do nowego lepszego faszyzmu, nowego planu gospodarczego dla Polski, gdzie archaiczne przesądy demoliberałów będą wyplenione. Czyż nie?

Kolejny fragment tej intelektualnej defekacji:
"Polska, kontynuując dzieło transformacji, powinna powrócić na ścieżkę szybkiego wzrostu gospodarczego rzędu 5-7 proc. rocznie. Aby taka dynamika była długookresowa, rozwój społeczno-gospodarczy musi opierać się na czterech filarach: szybkim wzroście, sprawiedliwym podziale, korzystnej integracji i skutecznym państwie."

No nie ma bata, Polska powinna powrócić do szybkiego wzrostu i już! Też mi odkrycie. Popatrzcie jednak na te slogany: sprawiedliwy podział (oczywiście wg kryteriów Grzesia), korzystna integracja (cóż to za słowozlep? nie wiadomo), skuteczne państwo (czyli po prostu bardziej bezkarni urzędnicy).

'Kroczenie taką ścieżką może doprowadzić do dochodu na mieszkańca ok. 35 tys. dol. (wg parytetu siły nabywczej) już w połowie następnej dekady."

No nie ma bata, po prostu musi doprowadzić, bo Grześ Kołodko tak mówi. Przypomnę ci więc, że w połowie następnej dekady dolar będzie wart tak mało, że spokojnie 35 tys. USD per capita przekroczymy, więc twój plan się ziści, choć może niekoniecznie w tej postaci, o jakiej śnisz mokre sny.

"Wymaga to wszakże konsekwentnie realizowanej strategii zrównoważonego rozwoju, przy czym chodzi o równowagę w trzech fundamentalnych aspektach: równowaga ekologiczna (imperatyw przechodzenia na technologie materiało- i energooszczędne), równowaga społeczna (imperatyw mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów i radykalnego ograniczenia zakresu wykluczenia społecznego, w tym bezrobocia), równowaga ekonomiczna (imperatyw kontrolowanego deficytu na rachunku obrotów bieżących oraz limitowany deficyt budżetu i zadłużenia publicznego)."

No tutaj już mamy srogi ejakulat pełen sloganów i nowomowy. Oczywiście ani słowa o przedsiębiorczości, wzroście udziału sektora prywatnego, zaspokajaniu potrzeb konsumentów. Wszystko podporządkowane faszystowskiej wizji proroka Grzegorza, ciskającego imperatywy!
Jak więc rozumieć ten bełkot?
Równowaga ekologiczna - niestety, tylko rynek jest w stanie zdecydować, kiedy przejść na technologie bardziej materiało- i energooszczędne, a więc kiedy konsumenci będą dysponować na tyle dużą siłą nabywczą, by bez obniżenia swojej użyteczności nabywali produkty wykonane w droższej technologii. Ingerencja państwa w tym zakresie oznacza z jednej strony zubożenie konsumentów, odebranie im możliwości decydowania, a z drugiej - zakłócenie rynkowego procesu wdrażania nowych technologii wg rachunku ekonomicznego. Oczywiście ktoś taki, jak Grzegorz Kołodko, który nigdy nie prowadził własnej firmy z prawdziwego zdarzenia, takie pojęcia jak 'rachunek ekonomiczny' traktuje jak jakieś burżuazyjne zabobony. Wszak liczy się tylko IMPERATYW! Niestety, jak działa państwowy imperatyw w kwestii wdrażania tzw. zielonych technologii, to widać - zapaść przemysłu, spadek poziomu życia, gigantyczny wzrost kosztów utrzymania dla najmniej zarabiających.
dalej...
Równowaga społeczna - ograniczenie zakresu wykluczenia będzie niestety niemożliwe, jeśli wprowadzi się imperatyw równowagi ekologicznej, ale spójność logiczna nigdy nie była mocną stroną nazistowskich wypierdków jak Kołodko. Nie mogę też pojąć obsesji tych zwierząt na punkcie mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów, tak, jakby istnienie ludzi bardzo bogatych, obok bogatych, średniozamożnych i najmniej zarabiających, było jakimś groteskowym, ohydnym wynaturzeniem. Przypomnę, że ludzie nie są równi, i ci najbardziej pracowici, przemyślni i obdarzeni talentem przedsiębiorczym, najlepiej są w stanie zaspokoić żądania konsumentów - więc stają się bardzo bogaci, bo konsumenci ich wynagradzają hojniej, niż innych uczestników rynku. Istnienie bardzo bogatych jest więc oznaką zdrowia gospodarki. Jak więc Kołodko zamierza zredukować to zróżnicowanie w podziale dochodów? Można się tylko domyślać, iż chodzi o ulubioną przez keynesistów EUTANAZJĘ rentierów...
Słowo-klucz - wykluczenie społeczne, w sumie nie wiadomo, o co chodzi. Wykluczony społecznie to był niewolnik w starożytnym Rzymie, parias w społeczeństwie kastowym, czy bezprizorny w sowieckiej Rosji - o więźniach Gułagów nie wspominając. We współczesnym kraju socjaldemokratycznym nikt nikogo społecznie nie wyklucza, wręcz przeciwnie - wszystkie państwowe instytucje wszak z tym mitycznym wykluczeniem walczą. Zwłaszcza przez dawanie nierobom pieniędzy, i tym podobne praktyki. Skutek jest właśnie taki, że zwiększa się liczba nierobów - a więc ilość gęb do wyżywienia, a produktywność gospodarki proporcjonalnie nie wzrasta, jak miałoby to miejsce w ustroju rynkowym, gdzie praca na rzecz konsumenta jest czymś normalnym. Reasumując, to państwo opiekuńcze wyklucza sporą część ludzi społecznie, przez dawanie zasiłków, co permanentnie wyrywa ich ze społecznego podziału pracy i integracji z życiem społeczności.
Znowuż jest to zagadnienie za trudne dla Kołodki, który woli opierać się na schematycznych hasłach, zamiast dogłębnie poznać zagadnienie.
Słuchaczom Radia Żelaza nie muszę też chyba tłumaczyć, że plaga bezrobocia to nieodłączny element państw opiekuńczych, w tym Polski, gdzie zasiłki dla bezrobotnych oraz wysokie pozapłacowe koszty pracy tworzą grupy ludzi, którym nie opłaca się pracować - oraz grupy przedsiębiorców, którym nie opłaca się nikogo zatrudnić. Abecadło ekonomii, poza intelektualnymi możliwościami profesora Kołodki.
Co mamy dalej?
Równowaga ekonomiczna - imperatyw kontrolowanego deficytu! Cóż za odkrycie, godne Nobla!! Ale dlaczegóż tylko kontrolowany deficyt, i przez kogo niby? Zakaz deficytu - zakaz zadłużania przyszłych pokoleń, to jest odpowiedź na problem długu publicznego, a nie jakieś półśrodki. No ale znowuż muszę się przyczepić do braków praktyki biznesowej Grzesia. Po prostu ten człowiek nie wie, że prywatna firma, której doradzałby "kontrolowany deficyt", po paru latach padłaby na pysk, ponieważ żaden inwestor nie finansowałby firmy tak finansowo niepłynnej. Ale że państwo może zdzierać z ludzi podatki przemocą, to dla Grzesia stan permanentnego zadłużenia jest czymś normalnym. Obywatel nie może sprzedać swych udziałów w tak źle zarządzanym państwie.

Cóż, w dalszej części artykułu Kołodko wreszcie napisał coś z sensem - a mianowicie, iż niezbędne jest ekhm 'względne zrównoważenie finansów publicznych' i redukcja wydatków. Niestety dodał, iż również zwiększenie dochodów poprzez podniesienie podatków. Ah, ci keynesiści, niewolnicy tegoż nieszczęsnego równania, nie rozumieją, że zasoby odciągane z gospodarki czy to poprzez podatki - czy poprzez wydatki rządu - to właśnie przyczyna gospodarczych niepowodzeń, niskiego realnego wzrostu, bezrobocia, małej konkurencyjności firm, załamania się eksportu itd. Im mniejszy budżet państwa, tym lepiej dla gospodarki, ponieważ wtedy może działać efektywnie prywatna przedsiębiorczość, zaspokajając żądania konsumentów. Ale jest chyba jasne, że dla Kołodki i reszty faszystów to nie konsument i jego szczęście są celem gospodarki, tylko IMPERATYWY wzięte kompletnie z powietrza, i mokrych snów o potędze proroka Grzegorza.

W dalszej części artykułu Kołodko wymienia 9 punktów granicznych planu dostosowania fiskalnego, ale to już pozostawiam słuchaczom do oceny i wyciągnięcia wniosków. Nie będzie to trudne.

Grzegorz Kołodko to typ człowieka, który w latach 30-stych tworzyłby jakże efektywne plany ożywienia gospodarki Niemiec przez jak najbardziej efektywną likwidację firm żydowskich i alokowanie uwolnionego w ten sposób kapitału, by minimalizować wykluczenie społeczne niemieckiej klasy robotniczej. Bo przecież mechanizmy rynkowe zawiodły, czyż nie?
On doskonale wie, że nie zawiodły - tylko nie pozwolono im działać. Nie pozwolono, by takie szuje jak on, na stanowiskach urzędniczych, mogły zabawiać się przestawianiem pionków na ekonomicznej szachownicy. Pogrobowiec Keynesa i Hitlera, Grzegorz Kołodko, to niebezpieczny szaleniec, nikczemny amoralny makiawelista, którego jedynym celem jest zniszczenie gospodarki rynkowej i oddanie władzy nad ludźmi biurokratycznej kaście Nadludzi, którym już nikt się nie sprzeciwi - a na tronie Naczelnego Planisty zasiądzie sam prorok Grzegorz.

Ty kurwo ty kurwo ty kurwo ty kurwo TY KURWO

Czy w Polsce panuje kapitalizm?

Audycja z dn. 1 lipca 2011 roku
Wielu słuchaczy prosiło, bym poruszył temat filmików użytkownika YouTube o nicku ThorSupremeCommander, które są przykładem jawnej manipulacji i szerzenia ekonomicznych bzdur. Istotnie, już od paru lat ta osoba umieszcza materiały propagandowe z zakresu narodowego-socjalizmu i tym podobnych lewackich ideologii, więc przyda się porządne oranie melepety.
Oczywiście już sam nick jegomościa wskazuje, że mamy do czynienia z totalitarystą. Thor - imię nordyckiego boga piorunów, ukochanego przez nazistów i ich spadkobierców, oraz Supreme Commander czyli wódz naczelny, nawiązanie do funkcjonariusza Królestwa Prus jak i skompromitowanej II Rzeczypospolitej, będącej rzecz jasna spadkobierczynią tradycji pruskiego socjalizmu państwowego.
Ale przejdźmy do meritum treści umieszczanych przez ThorSupremeCommandera.
Przede wszystkim, on powtarza w każdym filmiku, że w Polsce od 20 lat panuje, wprowadzony siłą i podstępem, a jakże - ultraliberalny wolnorynkowy kapitalizm, co nie bierze jeńców. Nie wiem, co trzeba brać, żeby wygadywać takie bzdury. Na indeksie wolności gospodarczej Fundacji Heritage Polska od samego początku transformacji ustrojowej zajmuje najniższe pozycje z krajów europejskich, więc już samo to powinno zrewidować poglądy co do rzekomego ultraliberalizmu panującego w Polsce. Owszem, w 1988 r. gdy weszła ustawa Wilczka, Polska nagle stała się krajem wolności gospodarczej, i w ciągu 2 lat powstało w kraju mnóstwo prywatnych firm a ludzie robili fortuny. Jednak od momentu zapanowania w Polsce najlepszego ustroju na świecie, czyli demokracji parlamentarnej, obszar wolności zaczął być gwałtownie i regularnie ograniczany. Na jego miejsce wprowadzano, zgodnie z zaleceniami z Brukseli i Paryża, ustrój tzw. społecznej gospodarki rynkowej, czyli po prostu narodowy-socjalizm, państwo opiekuńcze z wszechwładzą urzędników, milionem regulacji, nakazów, zakazów, i tylko z formalnie funkcjonującym rynkiem i własnością prywatną. Więc nie wiem jak ThorSupremeCommander może uważać ustrój wyzysku człowieka przez urzędnika za 'ultraliberalny kapitalizm', skoro w porównaniu do ukochanej przezeń Szwecji, założenie firmy w Polsce kosztuje miesiąc więcej czasu, udręki i niezliczonej ilości formularzy.
Przypomnę może taki drobny szczegół, iż kapitalizm to ustrój własności prywatnej - a tej w Polsce się nie uświadczy, gdyż wszechwładza urzędników i brak faktycznej ochrony prawnej własności powodują, iż prywatny właściciel jest nim tylko na papierze, ale realnie kontrolę nad własnością dzierży urzędnik. Choćby w kwestii tak prozaicznej, jak pozwolenie na budowę na własnej ziemi, czy ścięcie drzewa - o prowadzeniu biznesu nie mówiąc - wszędzie decyduje bura suka za urzędniczym biurkiem.
To ma być ten ultraliberalny kapitalizm? Odpowiesz mi na to ThorzeCommandorze?
Dosyć dobijający głupotą autora jest filmik o potrzebie podniesienia płacy minimalnej. Skutki ekonomiczne tego zjawiska omawialiśmy w audycji nr 2, poświęconej faszystowskiemu idolowi młodzieży wiejskiej, Grzegorzowi Napierniczakowi, więc nie będziemy powtarzać tutaj banałów. Co to w ogóle za pomysł, by państwo wpierdalało się w dobrowolne umowy między pracodawcą a pracobiorcą dotyczące wysokości płacy? Dodać do tego jeszcze faszystowski kodeks pracy - i mamy oto powód, dlaczego żaden normalny przedsiębiorca nie zatrudnia w firmie ludzi na umowę o pracę. Po prostu go nie stać. Niestety, tępe brunatno-czerwone pały pokroju ThoraSupremeCommandera, młodych lewackich pismaków (jak Tadeusz Markiewicz) i związkowców jakoś tego zrozumieć nie mogą - może dlatego, że sami nigdy nie prowadzili własnej firmy, i nie mają pojęcia w ogóle na czym polega przedsiębiorczość - na zaspokajaniu potrzeb konsumentów, stąd się biorą pieniądze w firmie, nie spadają z nieba, wyobraźcie sobie. No chyba że uważacie, iż firmy powinny głównie starać się o dotacje z Unii.
Thor coś biadolił, że na zachodzie jakoś przedsiębiorcy mogą pozwolić sobie na zatrudnienie pracownika o tych samych kwalifikacjach za wyższą płacę, niż osobę na porównywalnym stanowisku w Polsce. Istotnie. Z czego więc wynika różnica? Różnica wynika z ilości zainwestowanego kapitału na głowę. Na zachodzie kapitału na głowę przypada znacznie więcej, i jest on lepiej zainwestowany - tzn. konkretnie jest zainwestowany przez prywatne firmy w zwiększenie produktywności pracy. Dzięki temu pracownik na zachodzie ma wyższą produktywność, niż taki sam pracownik w Polsce, gdzie tego kapitału zainwestowanego w faktyczne produktywne stanowiska jest znacznie mniej - 40 lat komunizmu, i 20 lat postkomunizmu zrobiło swoje. Gdyby faktycznie od 1990 r. panował w Polsce ultraliberalny niemaprzeproś kapitalizm, jak opisuje to ThorSupremeCommander, to prywatny sektor zdołałby zainwestować w podniesienie produktywności pracy znacznie wyższe sumy, i co za tym idzie średnia płaca w Polsce nie odbiegałaby od średniej w Unii. Ale nie mamy kapitalizmu, tylko biurokratyczny etatyzm, gdzie prywatna przedsiębiorczość, zwłaszcza w sektorze małych i średnich firm, jest zduszona w zarodku, a wielkie firmy to głównie państwowe molochy, generujące koszty, a nie nowy kapitał.
I oto jest przyczyna niskich płac w Polsce. Coś jeszcze?
Z powodu braku kapitalizmu nie mamy też kultury biznesowej i etyki pracy, ponieważ z racji opresyjnego charakteru władzy urzędników, następuje negatywna selekcja wśród przedsiębiorców, i na szczyt dochodzą nie ci, którzy wydajnie zaspokajają życzenia konsumentów - lecz ci, którzy wydajnie zaspokajają żądania urzędników. A to są dwie całkowicie różne od siebie grupy charakterów. Oznacza to li tylko, iż większość przedsiębiorców w Polsce ma cechy charakterologiczne typowe raczej dla psychopatów i socjopatów, manipulantów - a nie ludzi normalnych, ponieważ tylko będąc obdarzonym takimi cechami można przetrwać w środowisku permanentnego zagrożenia ze strony innych socjopatów, a mianowicie urzędniczego aparatu pasożytnictwa i opresji.

Dziękuję za uwagę. A czy ty naplułeś dziś biurwie w ryj?

Szkoła austriacka dla opornych

Audycja z dn. 21 czerwca 2011 roku
Wyraziłem się nieściśle - nie ma nic przeciwko temu, żeby droga była prywatną własnością. Natomiast mam wątpliwości do jednej rzeczy: prawo własności powinno pozwalać na swobodne dysponowanie drogą przez właściciela. Mogłoby to doprowadzić do sytuacji, że właściciel wyłącza drogę z użytkowania wg swojego widzimisię. Z tego powodu czy nie lepiej byłoby zostawić drogi pod jurysdykcją państwa, ale oddać je w zarządzanie prywatnym podmiotom?
raczej rzadko można by było spotkać drogę, której właścicielem byłaby jedna osoba, podatna na irracjonalne widzimisię. Zbudowanie i utrzymanie drogi to poważna inwestycja, w którą angażuje się wiele podmiotów - tworząc korporację, z zarządem i akcjonariatem. Umowy z użytkownikami (biznesy lokalne, zarządcy osiedli mieszk.) zawierane są na lata. Kto ryzykowałby straty i proces w sądzie o łamanie warunków umowy z powodu widzimisię 'szalonego' menadżera czy współwłaściciela? Tylko na głębokiej prowincji takie rzeczy mogłyby się zdarzyć - a i tak zawsze rynek znajduje optymalne rozwiązanie, o ile żaden podmiot nie ma monopolu na przemoc.

Podobnie rzecz się ma z wodami i lasami. Co z dostępnością lasów? Co z ochroną zwierzyny? Jaki status miałyby np. parki narodowe?
twórcza funkcja przedsiębiorcy służy znajdywaniu optymalnych rozwiązań. Np.
 Ludzie chcą chodzić do lasów? Jak bardzo chcą? czy model pay-as-you-go będzie efektywny? nie wiadomo. trzeba sprawdzić, od tego są konkurujący ze sobą przedsiębiorcy na rynku. Może model z abonamentem rocznym wliczonym do czynszu, pozwalający na wypoczynek w endorsowanych zagajnikach? A może reklamodawcy umieszczą kukułki śpiewające dżingle reklamowe w lasach?
Whatever works, dude. Konsument zdecyduje.
Przecież już sam fakt, że Ciebie martwią takie sprawy, i spore grono osób również, znaczy że potencjalny przedsiębiorca w tej branży będzie musiał wziąć je pod uwagę i zaspokoić Wasze żądania - FOR A PRICE, rzecz jasna, i tylko rynek może tę cenę ustalić. Bez rynku i bez własności, jak wiadomo, tej ceny usługi umownie nazwanej "I really do give a damn about it" nie można ustalić, więc tak naprawdę nie wiadomo, czy pieniądze zdzierane w podatkach na lasy czy ochronę przyrody są wydawane zgodnie z życzeniami obywateli, czy jest ich optymalna ilość, czy idą tam, gdzie powinny wg wartościowań poszczególnych zainteresowanych. Z reguły nie. Więc rozwiązanie rynkowe z definicji zaspokaja znacznie lepiej sumienie osób faktycznie zainteresowanych.

Dla mnie szkoła austriacka to idealna propozycja dla społeczeństwa jednostek racjonalnych, w którym nie ma miejsca na realizację destrukcyjnych popędów, a jedynie oświeceniowych, pogodnych celów. Jest to komunizm przenicowany. Nie przeczę, że dla niektórych to właściwa droga i właściwa idea, podobnie jak właściwą drogą wydawać się może z takiego samego punktu widzenia komunizm. Trzeba jednak pamiętać, że freudowskie destrudo czyhające za każdym węgłem nie traciłoby czasu i czym prędzej wetknęło żelazny drąg w szprychy rozpędzającego się koła austriackiej ekonomii ;)
Ustalmy może wreszcie, bo sporo osób nie łapie, że to dwie różne rzeczy.
Szkoła austriacka, to nurt w ekonomii, charakteryzujący się najbardziej trafną metodologią analizy i opisu zjawisk gospodarczych. Szkoła austriacka, jako Wertfreiwissenschaft, nie stanowi gotowej propozycji ustrojowej dla żadnego społeczeństwa, ponieważ tym się nie zajmuje. Propozycje ustrojowe, to twory filozofii politycznej, i w naszym przypadku jest to libertarianizm, zwany też ładem bezpaństwowym. Szkoła austriacka stanowi tu tylko narzędzie analizy wszelkich procesów gospodarczych, hipotetycznych jak i mających miejsce na naszych oczach - ale niczego nie proponuje per se.
Stąd Twój powyższy wywód jest chybiony. Szkoła austriacka jest w stanie, dzięki swojej metodologii wychodzącej z aksjomatu ludzkiego działania, podać efektywność danej polityki ekonomicznej - lub też uświadomić dociekającego, iż zbyt dużo tu niewiadomych, wynikających ze zmienności preferencji osób uczestniczących w danym zdarzeniu, więc wszelka prognostyka byłaby czczym wróżeniem z fusów (inne szkoły ekonomiczne są mniej pokorne, i zaraz zabrałyby się za modelowanie ekonometryczne, którego wiarygodność wynosi 50%: "może tak, ale może nie" - i nawet Noble za to dają). I to zależy od decydującego, czy uzna argument ekonomisty austriackiego - czy też go zlekceważy, tym samym próbując oszukać rzeczywistość.
Żaden teoretyk austro-libertarianizmu nie zakłada absolutnej racjonalności jednostek ludzkich, gdyż doskonale wie, że nie istnieje żaden homo oeconomicus szkoły klasycznej - lecz homo agens, człowiek działający. Działający by osiągnąć swe cele, choćby najbardziej irracjonalne, najbardziej irracjonalnymi środkami. I to jest właśnie aksjomat działania, fundament metodologii ASE, najbardziej realistyczne założenie w historii myśli ekonomicznej. Subiektywne wartościowanie -> chęć poprawy stanu zastanego -> dobór środków -> działanie -> efekt. Często kiepski (podmiot ponosi stratę). Ale zawsze mający miejsce w świecie zamieszkiwanym przez ludzi. W czym tkwi sedno? W tym, że różni ludzie mają różne wartościowania i hierarchie celów, i nie można ich poznać z pozycji neutralnego obserwatora - są one całkowicie subiektywne, i ukryte - znane (często w sposób niemożliwy do wyartykułowania) jedynie przez daną osobę-podmiot gospodarujący. Ekonomia może jedynie powiedzieć coś o ŚRODKACH - te, w postaci dóbr ekonomicznych, są rzadkie i ograniczone - więc podlegają ekonomizacji w procesie działania. Homo agens musi się zdecydować jakich środków użyje do realizacji postawionego celu. Zaczyna więc wartościować również te środki, przenosi jakby część tej subiektywnej wartości celu na fizyczne oraz niematerialne dobra, które uznał za środki działania. Suma zużytych środków, a także czasu i wysiłku musi w rezultacie dać cel (produkt) wyceniony subiektywnie przez działającego wyżej, niż środki - inaczej człowiek nie podjąłby działania w ogóle. Dopiero EX POST człowiek może stwierdzić, że jednak osiągnięty cel okupiony był wyższym kosztem, niż się spodziewał - suma środków przewyższyła subiektywną wartość celu. Mówimy wtedy o ekonomicznej stracie. Ale EX ANTE homo agens wartościował sumę środków NIŻEJ, niż spodziewany cel - inaczej nie podjąłby działania.
I to jest właśnie twardy rdzeń ekonomii austriackiej. W ten sposób tworzy się system cen - gdy dochodzi wymiana między dwoma działającymi ludźmi, i posiadane przez obydwu różnorodne środki (czynniki produkcji), wartościowane odmiennie, są wymieniane, by służyć każdemu z uczestników do realizacji innych, różnie wycenianych celów. Czynniki, które ktoś wycenił zbyt nisko i sprzedał przedsiębiorczej osobie, ta druga łączy w taki sposób, że osiągnięty cel (produkt) znacznie przewyższa pod kątem subiektywnej dla niej wartości sumę wartości czynników, czasu i pracy. Przedsiębiorcza osoba osiąga zysk. Itd. itp.
Teraz wystarczy to logicznie rozwinąć dla zaawansowanej gospodarki - i wszystko jasne.

Każda instytucja zaburzająca czy ingerująca w proces ludzkiego działania, subiektywnego wartościowania, doboru środków, hierarchizacji i realizacji celów - niszczy ten delikatny aspekt człowieczeństwa, gasząc jakiekolwiek symptomy ludzkiego geniuszu. Oczywiście, trzymając się zasady Wertfrei, możemy tylko skonstatować - jeśli zależy komukolwiek na tym, by ludzka kreatywność i innowacyjność mogły owocować w coraz wyższym dobrobycie dla coraz większej liczby ludzi, większym pokojem społecznym i międzyludzką współpracą - to ekonomia mówi: RYNEK MUSI BYĆ WOLNY. WŁASNOŚĆ MUSI BYĆ PRYWATNA. NIE MOŻE BYĆ MONOPOLU NA PRZEMOC.
Natomiast jeśli zależy komuś na tym, by jedni bogacili się kosztem drugich, a ludzka kreatywność była duszona, przy czym ogólny dobrobyt będzie obniżał się stopniowo, tym samym zubażając również tych bogacących się pasożytów - to proszę bardzo: więcej kontroli, więcej podatków, więcej zinstytucjonalizowanej przemocy, zawieszenie własności prywatnej, ingerowanie we wszelkie procesy gospodarcze i subiektywne decyzje ludzi. Rezultaty będą opłakane. Ale co kto lubi.

Neopoganie kontra rozum

Audycja z dn. 9 czerwca 2011 roku.
Od jakiegoś czasu hermetyczne środowisko neopogan z forum Rodzimowierczego Biuletynu Informacyjnego wyraża swoje frustracje wobec mej osoby, po tym jak opublikowałem krótki acz dosadny artykuł "O daremności rodzimowierstwa".
Pomimo bardzo logicznych i racjonalnych argumentów tam zawartych, dotknięci widać głęboko rodzimowiercy zaczęli wylewać na mnie kalumnie i płaczliwe zarzuty o "zdradzie" ideałów itp itd., oczywiście pomijając meritum sprawy, a więc słabość ich stanowiska.
Przypomnę może jak sam trafiłem na neopogaństwo, rodzimowierstwo itd.
Pod koniec lat 90tych, kiedy inspiracje czerpane z muzyki metalowej przełożyły się również na zainteresowanie filozofią Nietzschego, Schopenhauera, twórczością Goethego i naszych rodzimych wieszczów, dzięki raczkującemu internetowi trafiłem na pierwsze strony, gdzie poruszana była duchowość i wierzenia zarówno Słowian jak i Skandynawów, oraz informacje o restytucji dawnych wierzeń współcześnie. Świeżość, witalność, bezkompromisowość biły z neopogańskich postulatów, i było to coś zupełnie odmiennego od mdłego codziennego katolictwa, laickiego humanizmu czy innych wspakulturowych nurtów współczesnego świata. Jakoś bardzo szybko trafiłem na strony wydawnictwa Toporzeł, gdzie zamieszczone były w pełnej zawartości książki niejakiego Jana Stachniuka, tytułującego się pseudonimem Stoigniew, lidera przedwojennej organizacji neopogańskiej Zadruga, filozofa kultury. Zgłębiłem materiał w szybkim tempie, i byłem i nadal jestem pod wielkim wrażeniem diagnozy, do jakiej doszedł Stachniuk a propos naszego polskiego charakteru narodowego, i jego teorii wspakultury. Oczywiście jako człowiek młody, niedysponujący taką wiedzą ekonomiczną i polityczną, jak obecnie, nie dostrzegałem wielu sprzeczności w proponowanych przez Stachniuka rozwiązaniach czysto ekonomicznych itp. Nie jest to jednak istotne w tej przypowieści. Jak widać, mój wstęp do neopogaństwa odbywał się z pozycji filozoficznych, światopoglądowych i racjonalnych - a nie religijnych i mistycznych. Stachniuk napisał: "Bałwany zostawmy bałwanom". Całe neopogaństwo Zadrugi było symboliczne, a nie dosłowne; ateistyczne i materialistyczne - a nie spirytualistyczne. Nakierowane na człowieka, a nie na duchy i bóstwa; nakierowane na władczość człowieka nad przyrodą, a nie jego uległość wobec niej. I jaskrawo tu widać różnice między tym, co reprezentuje neopogańska filozofia Zadrugi, a tym, w co faktycznie wierzą tzw. rodzimowiercy. Oczywiście nie należy wrzucać wszystkich do jednego wora, ale dosyć wczesny kontakt z Rodzimym Kościołem Polskim utwierdził mnie w przekonaniu, jaką ułudą i humbugiem jest ruch rodzimowierczy. Otóż RKP to ludzie, którzy Jahwe zastąpili Świętowitem; teiści par excellance, z elementami new age i wszechtolerancji, mistycy w pełnym tego słowa znaczeniu. Faktycznie wierzący w istnienie Peruna, licha, wodników i płanetników - przynajmniej tak twierdził raz ich lider, niejaki Gniewko. No wybaczcie, nie jest to nawet śmieszne. Ale pomijając nawet te aspekty mistyczne, filozoficznie oczywiście RKP jest gorsze nawet, niż zabobonny prowincjonalny katolicyzm. Zostawmy więc temat RKP, zresztą nie mam wieści na ich temat od lat.
Bardziej wyrazistymi grupami neopogańskimi była m.in. Rodzima Wiara, czy Niklot - w odróżnieniu od Rodzimej, nie związek wyznaniowy lecz stowarzyszenie metapolityczne. Ale również i RW nie stroniła od zdefiniowania się politycznie. Oczywiście tutaj najwięcej widać inspiracji myślą Stachniuka. Niestety, sama formuła związku wyznaniowego jest filozoficznie sprzeczna z racjonalizmem, który cechował Zadrugę. Stąd budzić muszą pusty śmiech próby członków Rodzimej Wiary określenia np. co dzieje się z duszą po śmierci, tudzież inne wolty na pograniczu mistycyzmu i newage'owej pseudonauki. Stachniuk przewracałby się w grobie, gdyby to widział.
Ale w czym rzecz. Neopoganie, to zazwyczaj ludzie bardzo uprzedzeni do zdrowego rozsądku, mimo iż malują się jako ludzie racjonalni, nieczuli na katolicki zabobon. A jednak, są oni kompletnie głusi choćby na argumenty historyków, przeczące ich mitom np. dotyczących genezy rycerskich herbów - gdzie każdy neopoganin chciałby widzieć runy, symbole bogów, czy sarmackie tamgi. Itp. Neopoganin wszędzie chce widzieć pogaństwo, dławione katolickim uciskiem. Mityczny katolicki ucisk, to też sroga patologia umysłowa wśród neopogan. Nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że wierzenia Słowian to był prymitywny zabobon, który nie mógł się zachować w zadowalającej ich formie nawet, gdyby Polska zwlekała z chrystianizacją, gdyż zwyczajnie nie było jednej uniwersalnej religii słowiańskiej, lecz plemienne wierzenia i zwyczaje, różniące się między poszczególnymi regionami. Wierzenia Słowian połabskich faktycznie w pewnym momencie zyskały spójną, wyrazistą i imponującą formę, gdy, jako reakcja na wojującą chrystianizację, legły u podstaw teologii politycznej Połabian przeciwstawiającym się ekspansji Sasów i cesarstwa niemieckiego. Wtedy i tylko wtedy miały one znaczenie. Robienie z tego religii w dzisiejszych czasach, gdy wiemy, że "nie ma bogów w niebiosach" (jak śpiewał Quorthon w Bathory), a więc negowanie rozumu i próba zaprzeczenia rzeczywistości poprzez fałszywy triumf irracjonalnej woli - to po prostu troglodytyzm. Ale nie będę powtarzał argumentów z mojego artykułu.
Dlaczego neopoganie tego nie widzą? Gdyż niczym nie różnią się od zabobonnych katoli, których tak nie cierpią. Jest to ten sam irracjonalizm, ignorancja, zaślepienie wywołane brakiem wiedzy, ale i brakiem umiejętności krytycznego spojrzenia i refleksji - znamię myślenia totalitarnego.
Filozoficznie to, co reprezentują neopoganie, to bełkot. Zwyczajny bełkot. Nienawiść do wszystkiego, co katolickie, sprawia, że nawet wykształceni i teoretycznie inteligentni przedstawiciele rodzimowierstwa, kompletnie ignorują dorobek katolickiej teologii i antropologii, przez co negują większą część europejskiej cywilizacji. Tzn. oczywiste jest, że tego dorobku po prostu nie znają, i nie zapoznają się z nim, bo przecież to katolickie więc musi być z góry złe i fałszywe. Co z tego, że wydedukowane rozumowo. Liczy się objawienie od bogów, co nie?
W ogóle rozum to dla neopoganina tak naprawdę jakieś burżuazyjne (a jakże!) wynaturzenie. Materializm i racjonalizm - a fe! Więc jak można z takimi osobami w ogóle dyskutować? Wrzuci sobie w awatar gębę barona Evoli, by pokazać jaki to jest fajny, bezkompromisowy obrońca solarnej tradycji aryjskiej - i wówczas racjonalne argumenty się go nie imają. Polilogizm ponad wszystko.
Taka postawa to kompletna porażka, i dyskwalifikacja siebie jako przedstawiciela cywilizacji europejskiej, cywilizacji białego człowieka. To dobre dla Azjatów, otumanionych spirytualizmem i totalnym poddaniem woli jakiemuś imperatywowi, który evolianie nazywają thradhycją itp. Wyłączenie myślenia, bo myślenie boli. Oto moralność niewolników.
Na tym forum RBI są niezłe gagatki. Np. jeden o srogim imieniu Mścisław, zarzuca mi, oprócz zdrady ideałów neopogaństwa, że zmieniam poglądy wraz czytanymi książkami. Haha! No tak, bo przecież książek się nie czyta - bo tylko żydzi czytają! Mówiąc językiem neopoganina, nie po to bogowie dali mi rozum, bym go nie używał i nie rozwijał. Trzymanie się jak pokurcz wciąż tych samych zabobonów, to zaiste godna polecenia postawa, nie ma co.
Tak to boli osoby o mentalności podludzkiej, że te wszystkie brednie, jakimi wypełniały sobie głowy przez tyle lat, można obalić za pomocą prostej logiki. Te uświęcone tradycją zabobony nieróżniące się niczym od biblijnych, myślący racjonalny człowiek odrzuca jednym ciachnięciem brzytwy Ockhama.
Tak to jest, gdy miesza się z jednej strony religię, a z drugiej dorabia się filozofię. Sprzeczności się nie pogodzi, więc cierpi na tym rozsądek.
Na koniec poglądy polityczno-ekonomiczne neopogan.
Właściwie z jednym chlubnym wyjątkiem, kolegi Welomira ze Słowiańskiej Wiary, neopoganie - jak większość Polaków - ma poglądy socjalistyczne. Oprócz zdeklarowanych narodowych-socjalistów z Nacjonalistycznego Stowarzyszenia "Zadruga", którzy pozostają jedynie marginesem, większość neopogan to mniejsi lub więksi umiarkowani socjaliści, którzy, z powodu ignorancji ekonomicznej, mają typowe antykapitalistyczne uprzedzenia. Pamiętam jeden stary artykuł niejakiego Darnoka z Niklota, sprzeciwiającego się niefinansowaniu tzw. sztuki przez państwo, bo inaczej to sztuka upadnie. Znamienne to dla całego środowiska. Państwo jest dobrym wujkiem, co ma dawać każdemu, i w ogóle wspólnota narodowa ponad wszystko. Co mądrzejsi sprzeciwiają się socjalowi i egalitaryzmowi narzucanemu przez instytucje państwowe - ale już np. taki slogan jak ochrona dziedzictwa kulturalnego, tudzież strategicznych gałęzi przemysłu, popierają z całych sił. I oczywiście po co czytać, po co dokształcać się z ekonomii politycznej czy filozofii. Za całe zło świata przecież wiadomo, że winny jest kapitalizm i kościół. Żydzi i kler.
Filozoficznie religia etniczna o tendencjach totalizujących, a wolność osobista - są nie do pogodzenia. Jest to oczywiste dla każdego, kto choćby czytał "Etykę wolności" Rothbarda czy książki Ayn Rand. Sztuczna, wydumana religia Słowian, którą sobie stworzyli neopoganie, bez solidnych podstaw filozoficznych, opierająca się wyłącznie na samoidentyfikacji etnicznej (też sztucznej, o czym za moment) i rekonstrukcji lepszej lub gorszej dawnych rytów, może być co najwyżej sposobem spędzania wolnego czasu, ale ciężko o pełne zintegrowanie sprzecznych i niepasujących elementów w jedną wykładnie myślową. Z jednej strony mamy przywiązanie do formy rytuału (też, lepiej lub gorzej odtworzonego), co ma znaczenie z punktu widzenia wierności historycznej, ale religia ma odpowiadać problemom teraźniejszości, a nie trzymać się ślepo form sprzed 1000 lat, których człowiek współczesny i tak nie rozumie w pełni. Z drugiej strony mamy treści, które powinny w jakiś sposób zainspirować współczesnych wyznawców zgodnie z intencjami. Do czego może zainspirować neopoganina zostawianie chleba w lesie? Do marnowania jedzenia? Do gadania z drzewami? Do walki z wycinaniem lasów pod autostradę? Filozoficznie jest to najgorsza z możliwych antyrozumowa i antycywilizacyjna reakcja, resentyment wynikający z braku sensu życia, typowy dla postmodernistycznego świata, jeden z wielu, i wcale nie rokujący mu dobrze.
Neopoganizm w tej formie nie może odpowiedzieć na wyzwania i problemy współczesności, ponieważ sam jest częścią problemu - jako owoc buntu przeciw rozumowi i przeciw cywilizacji opartej na rozumie, cywilizacji przemysłowo-kapitalistycznej, wzmaga jedynie ferment rozpadu. Pomimo pewnych elementów antyegalitarnych (które miał też i nazizm), jest w istocie nurtem lewicowego resentymentu. To nie osoba ludzka leży w centrum antropologii neopogaństwa - lecz kolektyw: plemię, etnos, wydumany naród słowiański mający jakieś obowiązki, kosmiczną powinność. Gdzie tu miejsce na samodzielne myślenie, refleksję, autonomiczną wolę i wolność? Kiepsko, nie ma.
Stąd właśnie taka, a nie inna reakcja zakompleksionych lewaków z forum Rodzimowierczego Biuletynu Informacyjnego.
Na razie tyle. Temat może wróci w przyszłości.
Sława!